Czy najważniejsi polscy kardynałowie prowadzą nas do zbawienia, czy do potępienia? Czas przestać kłaniać się purpurom i uśmiechać z grzeczności. Kiedy w grę wchodzi ostateczny los ludzkich dusz, nie ma miejsca na kościelną dyplomację. Trzeba głośno zadać pytanie, w jakim kierunku najważniejsi hierarchowie w Polsce, kardynał Grzegorz Ryś i kardynał Konrad Krajewski? Obaj zawdzięczają swoje kapelusze kardynalskie papieżowi Franciszkowi i obaj lojalnie realizują jego linię rozmiękczania doktryny. Kościół katolicki to nie jest klub dyskusyjny ani kółko terapeutyczne, które ma nas upewniać, że tacy jacy jesteśmy jesteśmy wspaniali. Kościół ma jeden fundamentalny cel, prowadzić dusze do zbawienia wiecznego. Bez prawdy o grzechu i bez krzyża Chrystusa idziemy na potępienie. A o tych absolutnie podstawowych warunkach zbawienia obaj kardynałowie zdają się milczeć.
Zacznijmy od kardynała Rysia, który od lat mocno angażuje się w dialog z judaizmem. Problem w tym, że w tym dialogu gubi się ewangeliczna prawda. Kardynał firmuje narrację, wybrzmiewającą między innymi w głośnych listach Episkopatu o relacjach polsko-żydowskich, która daje do zrozumienia, że Żydzi mają swoją własną i równoległą drogę do Boga opartą na Starym Przymierzu i wcale nie muszą przyjmować Chrystusa, by zostać zbawionymi. To potężny błąd teologiczny. Nowy Testament nie zna czegoś takiego jak dwie drogi zbawienia. Jezus powiedział jasno, nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Skoro można zbawić się z pominięciem Chrystusa, to po co On w ogóle umierał na krzyżu? Po co w ogóle ten cały Kościół i po co za dokładnie 10 dni, bo Wielki Piątek przypada w tym roku 3 kwietnia, będziemy z taką powagą przeżywać Mękę Pańską w kościołach? Takie dialogowanie za wszelką cenę, w którym ukrywa się przed wyznawcami innych religii konieczność przyjęcia Jezusa, to odcinanie ich od jedynej Prawdy, która może ich ocalić. Dobry pasterz powinien głosić Chrystusa wszystkim, a nie udawać, że nie jest On do zbawienia konieczny.
Z drugiej strony mamy kardynała Krajewskiego, który na sztandarach niesie hasła o bezwarunkowej akceptacji. Twierdzi głośno, że osoby LGBT są w Kościele i są Kościołem. I tu pełna zgoda, Kościół jest właśnie dla grzeszników. Ale tu pojawia się kluczowe pytanie, skoro osoby LGBT garną się do Kościoła, to po co to robią? Przecież robią to po to, żeby zostać zbawionymi! Szukają w Kościele ratunku. I tu kardynał Krajewski popełnia dramatyczny błąd. Dobry pasterz musi poprowadzić te osoby do zbawienia i musi im wyraźnie pokazać, jakie są warunki tego zbawienia. Musi głośno powiedzieć, jesteście tu kochani, ale warunkiem życia wiecznego jest nawrócenie i porzucenie grzechu. Tymczasem kardynał wciąga ich do Kościoła, klepie po plecach i mówi, że są akceptowani, ale nie stawia żadnych wymagań. Oszukuje ich. Dając im ułudę akceptacji ich grzechu zamiast wezwania do nawrócenia, de facto wciąga ich w potępienie. Zataja przed nimi to, co jest niezbędne, by osiągnęli cel, po który do Kościoła przyszli.
Dla otrzeźwienia spójrzmy znowu na krzyż. Obok cierpiącego Chrystusa wisiało dwóch łotrów. Obaj byli tak samo blisko Jezusa, można powiedzieć, że obaj w tamtym momencie byli w Kościele. Obaj byli potwornymi grzesznikami, dokładnie tak samo jak my wszyscy, ja, ty, mordercy, cudzołożnicy czy osoby LGBT. Wszyscy jesteśmy grzeszni. Z perspektywy dzisiejszej duszpasterskiej linii obu kardynałów, obaj łotrzy powinni być zbawieni za sam fakt bycia blisko i cierpienia. Ale zbawiony został tylko jeden. Ten, który uznał swój grzech, przyznał, że cierpi sprawiedliwie, i poprosił Chrystusa o litość. Drugi łotr domagał się ocalenia na własnych warunkach, bez refleksji i bez chęci poprawy. Chrystus nie powiedział Złemu Łotrowi, nie przejmuj się, po prostu bądź sobą, jesteś akceptowany. Zbawienie przyszło tylko przez nawrócenie i uznanie winy. Jeśli dzisiejsi kardynałowie zapominają o wezwaniu do nawrócenia i odpuszczają głoszenie Chrystusa jako jedynego Zbawiciela, to traktują wiernych jak Złego Łotra. Pozwalają im wisieć obok Jezusa, uśmiechają się do nich, ale odmawiają im słów, które dają życie wieczne. A my nie jesteśmy w Kościele po to, żeby czuć się dobrze ze swoimi słabościami. Jesteśmy tu po to, by za sprawą łaski z nich powstać.